Odbiliśmy się jak od ściany. Przegrywamy z MKS-em w hali Orbita

Gorzkie pożegnanie z halą Orbita we wtorkowy wieczór. WKS Śląsk Wrocław po przeciętnym spotkaniu przegrał z MKS-em Dąbrowa Górnicza 71:82. Zespół Olivera Vidina spadł na ten moment na trzecie miejsce w tabeli Energa Basket Ligi. O zwycięstwie przyjezdnych zadecydowała przede wszystkim bardzo słaba gra na deskach ze strony Trójkolorowych i złe decyzje w kluczowych momentach. Najlepiej w ekipie gospodarzy zaprezentowali się Elijah Stewart (18 pkt., 4 zb.) oraz ponownie Aleksander Dziewa (15 pkt., 6 zb.). 

Po wymęczonym, ale ważnym zwycięstwie w Warszawie, Śląsk chciał pójść za ciosem. W swoim ostatnim meczu w hali Orbita w fazie zasadniczej sezonu, przyszło im się mierzyć z 10. w tabeli zespołem z Dąbrowy. W składzie meczowym Macieja Bendera zastąpił Paweł Strzępek. Na boisko z kolei WKS wyszedł tą samą piątką, co w ostatnim spotkaniu z Legią, a więc Strahinja Jovanović, Kyle Gibson, Elijah Stewart, Michał Gabiński oraz MVP tygodnia – Aleksander Dziewa. Goście rozpoczęli w następującym zestawieniu: Andrzej Mazurczak, Michał Kroczak, Elijah Wilson, Michał Nowakowski i Malcolm Rhett.

Pierwsze akcje to festiwal niecelnych rzutów. Dopiero po dwóch minutach wynik meczu otworzył Elijah Stewart, który trafił zza łuku. W kolejnych akcjach obie ekipy miały duży problem z konstruowaniem gry ofensywnej, przez co w połowie kwarty na tablicy widniał wynik 3:3. Później sprawy w swoje ręce wziął Michał Kroczak, który przez ręce trafił za trzy i Oliver Vidin poprosił o przerwę. Czas niewiele dał Trójkolorowym – dwa kolejne błędy w ataku i skuteczność rywali sprawiły, że dąbrowianie odjechali na 10:3. Niemoc w ataku Wojskowych przerwał rzut z dystansu Ivana Ramljaka, chwilę później swoje punkty dołożyli Kyle Gibson i Elijah Stewart i było już tylko 14:12 dla gości. W ostatniej akcji nieskutecznie z dystansu rzucał Milivoje Mijović i po pierwszych dziesięciu minutach wrocławianie przegrywali w hali Orbita dwoma „oczkami”.

Drugą ćwiartkę bardzo dobrze rozpoczęli dąbrowianie, do ich dorobku swoje punkty dorzucili Wilson oraz Mijović i dystans pomiędzy zespołami ponownie się zwiększył. Trójkolorowi mieli duże problemy ze sforsowaniem twardej i dobrze zorganizowanej defensywy przyjezdnych. W tym fragmencie gry do zdobywania punktów włączył się MVP tygodnia, Aleksander Dziewa, który swoimi podkoszowymi manewrami sprawił, że strata gospodarzy zmalała. W kolejnej akcji kapitalnym blokiem popisał się Ivan Ramljak, a następnie dołożył dwa punkty spod kosza i ożywił tym ławkę Śląska, która zaczęła mocniej wspierać zawodników na boisku. I kiedy wydawało się, że wszystko zaczyna wyglądać lepiej, wrocławianie zaliczyli głupią stratę przy wyprowadzaniu piłki, a w szybkim ataku zza łuku trafił Wilson i było 19:25. Oliver Vidin ponownie poprosił o czas, żeby wstrząsnąć zespołem i przedstawić swój plan na kolejne minuty gry.

Po przerwie na żądanie oba zespoły wymieniły się kilkukrotnie punktami i to był dotychczas chyba najdłuższy okres skutecznej gry obu zespołów. Wojskowym wreszcie udało się też wzmocnić obronę, co przełożyło się na liczbę strat dąbrowian i szanse na zdobywanie łatwych punktów. Jedną z takich akcji udało się zamienić na oczka, a konkretniej uczynił to duet Jovanović-Dziewa i WKS ponownie zbliżył się do rywala. Na dwie minuty przed końcem drugiej kwarty goście utrzymywali jednak bezpieczne, siedmiopunktowe prowadzenie (33:26). Największym mankamentem w grze Śląska była gra na tablicach, w której właściwie nie mieli nic do powiedzenia, przegrywając zbiórki aż 10:21. Podkoszowi MKS-u świetnie radzili sobie też z grą tyłem do kosza i rzutami spod niego, a kolejne punkty Rhetta ustaliły wynik do przerwy na 40:28 dla gości.

To było fatalne 20 minut w wykonaniu Trójkolorowych. Przegrane zbiórki to tylko jeden z problemów, z którymi musieli się mierzyć wrocławianie w pierwszej połowie spotkania. Długimi fragmentami brakowało pomysłu na rozgrywanie akcji w ataku, a skuteczność była co najwyżej na średnim poziomie (40% z gry, 30% za 3). MKS z kolei zaskoczył gospodarzy dużą mobilnością i zdobywaniem oczek na niezłym procencie (57% z gry). Dominacja na tablicach była jednak kluczowa – Rhett miał w tym momencie już 5 zbiórek, a Jakub Motylewski 4 i były to lepsze rezultaty niż jakiegokolwiek zawodnika Śląska. Jeżeli Wojskowi myśleli na poważnie o odwróceniu losów spotkania, to po przerwie musieli zdecydowanie wzmocnić grę na deskach i poprawić skuteczność.

Druga połowa nie rozpoczęła się najlepiej dla podopiecznych Olivera Vidina, którzy wciąż szukali swojego rytmu gry. Goście natomiast nic sobie nie robili ze starań Wojskowych, trafili z półdystansu i powiększyli przewagę do trzynastu punktów (42:29). Pierwsze punkty dla Trójkolorowych po przerwie zdobył z rzutów wolnych Dziewa. Chwilę później przechwytem popisał się Stewart, następnie trafił zza łuku i wprawił ławkę rezerwowych w euforię. Nie minęło nawet kilkanaście sekund, a Rhett został kapitalnie zatrzymany blokiem przez Dziewę i to wydawało się być dobrym prognostykiem na kolejne minuty meczu. Widoczna była przede wszystkim duża poprawa gry w defensywie Śląska – MKS miał spore problemy ze znalezieniem otwartych pozycji, przez co często pudłowali. Z kolei presja wywierana na rywalach doprowadziła do tego, że blokiem popisał się Kyle Gibson i w połowie trzeciej kwarty na tablicy było 45:38 dla gości.

W kolejnych fragmentach Wojskowi do dobrej gry w obronie dołożyli lepszą skuteczność rzutów z dystansu. Po trafieniach Stewarta i Jovanovicia WKS miał już tylko trzy punkty straty (44:47) do rywala, a tak blisko nie było od początku meczu. Zapowiadała się bardzo ciekawa końcówka trzeciej odsłony, ale zaliczyliśmy kolejny długi przestój punktowy, co skrzętnie wykorzystali goście, trafiając dwukrotnie z dystansu. Ciężar zakończenia ostatniej akcji w kwarcie wziął na siebie Kyle Gibson i trafił za trzy, zmniejszając stratę swojego zespołu. Przed ostatnią kwartą było już tylko 56:50 dla MKS-u.

Ostatnią ćwiartkę od punktów rozpoczął Andrzej Mazurczak, który tym samym podwyższył przewagę zespołu z Dąbrowy. Na jego celny rzut odpowiedział jednak Dziewa i wszystko zaczęło się od nowa. Po zawodnikach obu ekip widać było jeszcze większy poziom koncentracji niż do tej pory, co przekładało się na dobrą grę w defensywie, a tym samym problem ze zdobywaniem oczek dla drużyny atakującej. Przeważały błędy, straty i nieskuteczne rzuty spod kosza, przez co wynik nie ulegał zmianie. Na sześć minut przed końcem spotkania celnie zza łuku rzucił Elijah Stewart, który miał na swoim koncie już 16 punktów, a przy okazji zmniejszył stratę Trójkolorowych do zaledwie trzech (55:58). I choć chwilę później jego wyczyn powtórzył imiennik – Elijah Wilson – to w odpowiednim momencie dał znać o sobie Mateusz Szlachetka, który również trafił z dystansu i oba zespoły wciąż różniły trzy oczka.

Później Trójkolorowi zaliczyli serię udanych akcji w obronie, a kapitalny przechwyt w niezwykle ważnym momencie zanotował Stewart, zamieniając go na punkty spod kosza – goście prowadzili już tylko jednym punktem. Czekały nas niesamowicie emocjonujące trzy minuty w hali Orbita. Dąbrowianie mieli ogromne trudności ze znajdowaniem otwartych pozycji, ale receptę na to znalazł Elijah Wilson, który po prostu wziął piłkę do rąk i rzucił z… 9 metra. Amerykanin trafił niemożliwy wręcz rzut, dając tym samym chwilę oddechu zespołowi. Chwilę później ten sam zawodnik dokonał jeszcze bardziej niesamowitej rzeczy, trafiając trójkę po pełnym obrocie, czym zszokował chyba wszystkich obecnych w hali Orbita. Takie rzuty deprymowały wrocławian, którzy nie czerpali żadnych korzyści z dobrej defensywy. Minutę przed końcem Munja popisał się akcją 2+1, ale przyjezdni wciąż prowadzili wysoko, bo 77:71. Trzeba było powalczyć w obronie, ale znowu zabrakło mocy do zebrania piłki i Ramljak zmuszony był faulować, co zakończyło jego udział w spotkaniu i przy okazji dało szanse Mazurczakowi na zdobycie punktów z linii. Rozgrywający MKS-u wykorzystał tylko jeden z nich i na 48 sekund przed końcem Oliver Vidin poprosił o przerwę przy stanie 78:71 dla gości. Pomimo usilnych starań o odwrócenie rezultatu, ostatecznie Śląskowi nie udało się dokonać tej sztuki i dziesiąta porażka w sezonie stała się faktem. Mecz zakończył się wynikiem 81:72 dla MKS-u.

– Przyjechaliśmy do Wrocławia znając swoją sytuację. Wiemy, że awans do play-offów nie zależy już od nas samych, musimy patrzeć również na wyniki Spójni czy Polskiego Cukru. Mój zespół pokazał dzisiaj na parkiecie, że nie czekamy tylko na koniec sezonu, walczyliśmy w Sopocie i tak samo podjęliśmy rękawicę w hali Orbita. Byliśmy agresywni, sporo minut dostali też młodzi zawodnicy i pokazali się z bardzo dobrej strony, co napawa optymizmem. Mieliśmy tylko jeden trening pomiędzy meczami, ale dobrze przygotowaliśmy się taktycznie i próbowaliśmy przeszkadzać w grze Jovanoviciowi, co spowodowało, że nie kreował tak wielu sytuacji swoim kolegom. Mam wielki szacunek do drużyny Śląska i trenera Olivera Vidina za ich pracę i to, jak dużo udało im się osiągnąć na tym etapie rozgrywek. Jestem jednak bardzo zadowolony z tego, jak dzisiaj postawiliśmy się faworytom, niezależnie od sytuacji w tabeli – mówił po meczu Alessandro Magro, szkoleniowiec MKS-u Dąbrowa Górnicza.

– To był bardzo zły mecz w naszym wykonaniu. Od początku brakowało koncentracji, nasi rzucający nie trafiali z otwartych pozycji, z kolei Elijah Wilson był skuteczny z niemożliwych wręcz pozycji. Musimy przyznać, że przeciwnik był dzisiaj po prostu lepszy. Na rezultacie w dużej mierze zaważyła gra na tablicach, rywale mieli 36 zbiórek, my tylko 23. To już jednak za nami, w Toruniu musimy zagrać dużo lepiej i wierzę w to, że w niedzielę wygramy swój mecz – mówił Oliver Vidin, trener WKS-u.

– Wiedzieliśmy, że to będzie bardzo trudny mecz. Wiedzieliśmy też, że Śląsk będzie grał agresywnie, będzie czekał na przechwyty i kontratakował. Udało nam się ograniczyć błędy do minimum, kilka razy pobiegliśmy do kontry, wpadło też kilka ważnych trójek i te wszystkie czynniki przełożyły się na wynik do przerwy. Po zmianie stron gospodarze jeszcze bardziej wzmocnili defensywę, starali się bronić nawet na całym boisku. My z kolei w końcówce trafiliśmy kilka bardzo trudnych rzutów, w których mieliśmy trochę szczęścia, ale szczęście sprzyja lepszym – mówił Michał Kroczak, rzucający gości.

– Gratulacje dla zespołu z Dąbrowy Górniczej, zagrali dzisiaj dobry mecz. Przede wszystkim dużo lepiej weszli w to spotkanie, my przez siedem minut zdołaliśmy rzucić tylko trzy punkty, co nam się właściwie nie zdarza. Mieliśmy też spore problemy w obronie. W drugiej połowie udało się nawiązać walkę, próbowaliśmy gonić rezultat, ale MKS trafiał prawie wszystkie trudne rzuty. Wilson karcił nas trójkami, a Mazurczakowi udało się nawet zdobyć punkty tyłem. Końcówkę zagrali nad wyraz skutecznie i pozostaje tylko pogratulować – zakończył konferencję prasową Aleksander Dziewa, podkoszowy Śląska.

Trudno coś powiedzieć po takim meczu. Faktem jest, że wykorzystywaliśmy ostatni okres na ciężką pracę i budowanie dyspozycji na play-offy, ale nie możemy przy tym zapominać o tym, co jest najważniejsze – wygrywaniu meczów. Nie będziemy szukać wymówek, to było bardzo słabe spotkanie w naszym wykonaniu i bierzemy za to pełną odpowiedzialność. Czasu na analizę jest naprawdę niewiele, pewnie nie uda się też poprawić naraz wszystkich mankamentów w grze, ale bezsprzecznie w Toruniu musimy zagrać lepiej. W końcu naszym celem jest pozycja wicelidera przed najważniejszym okresem rozgrywek. Widzimy się już w niedzielę w Toruniu, bądźcie z nami! Hej Śląsk!