Drugie miejsce odzyskane. Warszawa zdobyta!

0

Jeśli przed tym spotkaniem ktoś miał wątpliwości co do formy i zaangażowania Trójkolorowych w walce o wysokie rozstawienie przed fazą play-off, to dziś Wojskowi je rozwiali. Śląsk Wrocław zaliczył słabsze momenty, ale ostatecznie po świetnej końcówce i kluczowej akcji Ivana Ramljaka pokonał Legię Warszawa 69:67, wracając na drugie miejsce w tabeli Energa Basket Ligi.

Po ostatniej porażce z Kingiem Szczecin WKS stracił pozycję wicelidera, więc jadąc do Warszawy, byliśmy wyjątkowo zmobilizowani, by odzyskać ją z rąk stołecznej drużyny. W składzie meczowym Tomasz Żeleźniak zastąpił Pawła Strzępka, a Elijah Stewart pojawił się w pierwszej piątce w miejsce Ivana Ramljaka. Tym samym Trójkolorowi rozpoczęli zestawieniem Strahinja Jovanović, Kyle Gibson, Stewart, Aleksander Dziewa i Michał Gabiński. Legia odpowiedziała składem: Lester Medford Jr, Jamel Morris, Jakub Karolak, Walerij Lichodiej i Grzegorz Kulka.

Początek meczu – delikatnie mówiąc – nie porywał poziomem gry obu zespołów. Legia zaczęła od trójki Karolaka, a Śląsk odpowiedział dwoma skutecznymi akcjami Jovanovicia i punktami Dziewy. Przez kolejne cztery minuty Trójkolorowi nie potrafili znaleźć drogi do kosza przeciwnika, ale dzięki solidnej defensywie pozwolili rywalom odskoczyć na zaledwie trzy punkty – dla gospodarzy zapunktowali Morris, Karolak i Kulka.

Licznik punktowy Śląska odblokował Mateusz Szlachetka, który zebrał swój własny niecelny rzut i trafił spod kosza. Chwilę później kapitalny fragment zaliczył nasz Mr. Steal, czyli Ivan Ramljak – Chorwat trzy (!) razy z rzędu przechwytywał piłkę, dwukrotnie pakując ją do kosza i raz trafiając rzuty wolne po faulu niesportowym Medforda. Serię ośmiu punktów WKS-u przerwał Linowski, ale dobrą akcją po drugiej stronie parkietu odpowiedział mu Szymon Tomczak. Dla Legii zapunktował jeszcze Nickolas Neal, a dla Wojskowych Elijah Stewart, który trafił z linii. Wspomnieć trzeba także o kapitalnej akcji defensywnej Jana Wójcika, który dwukrotnie zablokował Adama Linowskiego, choć do statystyk zaliczono mu tylko jedną „czapę”. Po pierwszej kwarcie Śląsk prowadził 18:13.

Początek drugiej kwarty mógł przywołać kibicom Śląska niemiłe wspomnienia z ostatniego meczu w Szczecinie, kiedy impas w ostatniej części gry kosztował nas serię 0-19 i zwycięstwo w całym spotkaniu. Trójkolorowi znów zacięli się w ataku i przez prawie siedem minut nie zdobyli ani punktu, pozwalając rywalowi na run 12-0. W całej pierwszej połowie nasi zawodnicy nie trafili ani razu zza łuku (0/12) i zamienili na punkty tylko 46% rzutów osobistych (5/11). Legia początkowo też nie mogła się odblokować, ale w końcu zaczęła punktować – trójki trafili Medford i Lichodiej, dwa razy za dwa rzucił Kulka, prowadzenie podwyższył Neal. Było 25:18 dla gospodarzy.

Złą passę celnym rzutem wolnym przerwał Dziewa, ale Lichodiej odpowiedział efektownym wsadem po świetnym podaniu Morrisa. Olek nie pozostawał jednak dłużny, bo zapunktował w dwóch kolejnych akcjach ofensywnych Śląska, a po oczkach Stewarta zbliżyliśmy się do przeciwników na dwa punkty. Ostatnie słowo w pierwszej połowie należało jednak do Nickolasa Neala, który trafił z dystansu i ustalił wynik po drugiej kwarcie na 30:25 – trener Oliver Vidin miał o czym myśleć w przerwie, ale na szczęście udało mu się przebudzić ofensywną moc Trójkolorowych.

Po zmianie stron oglądaliśmy bowiem zupełnie inną drużynę – jeszcze bardziej waleczną, grającą z pomysłem, ale przede wszystkim skuteczną. Już po 90 sekundach odzyskaliśmy prowadzenie dzięki dwóm akcjom Dziewy i celnemu rzutowi z półdystansu Gibsona. Po trafieniu Jovanovicia niestety jednak znów zaliczyliśmy dłuższy okres bez punktów – na szczęście ostatni w tym meczu. Legia wykorzystała sytuację: zza łuku trafił Dariusz Wyka, a po akcji Medforda zespół Wojciecha Kamińskiego prowadził 37:33.

To ewidentnie podrażniło Kyle’a Gibsona, który w tym momencie włączył wyższy bieg i właściwie w pojedynkę sprawił, że wróciliśmy do gry. Celny rzut wolny po faulu technicznym Wyki, trójka z głębokiej pozycji, celny rzut z półdystansu i jeszcze jedna trójka – w sumie 9 punktów w niecałe 4 minuty. Zza łuku trafił także Dziewa, kolejny raz zapunktował Jovanović. Jak odpowiedziała Legia? Skutecznym pod koszem Wyką i trójką Medforda. Ten ostatni na koniec trzeciej kwarty trafił też jeden z dwóch rzutów wolnych i przed ostatnimi 10 minutami na tablicy widniał remis – 47:47.

Ostatnia kwarta to istna wymiana ciosów. Jovanović zanotował kolejne dwie skuteczne akcje, swój dorobek punktowy powiększył też Gibson. Legia odpowiedziała rzutami wolnymi Neala i dwiema trójkami w dwóch kolejnych akcjach w wykonaniu Wyki i Karolaka. Z dystansu trafił też Stewart, dla którego – o dziwo – był to jedyny celny rzut zza łuku w całym meczu. Karolak utrzymał status quo akcją 2+1, dając Legii punkt przewagi. Chwilę później Dziewa efektownie zablokował Lichodieja, ale nie przełożyło się to na punkty WKS-u w ataku. Tuż po wejściu na boisko trójkę trafił z kolei Medford, wyprowadzając gospodarzy na prowadzenie 61:56 na 5 minut przed końcem meczu.

Najciekawsze było jednak jeszcze przed nami. Lichodiej znów próbował zza łuku, a jedna z jego prób znalazła drogę do kosza. Śląsk zareagował celnym rzutem z odchylenia Dziewy i rzutami wolnymi Gibsona, a Gabiński celną trójką zniwelował różnicę do jednego punktu i dał drużynie niezbędny impuls do walki w ostatnich minutach. Chwilę później Jovanović spudłował z półdystansu, ale naprawił swój błąd, kiedy po zbiórce Dziewy i podaniu Gibsona trafił trójkę z narożnika! Ławka Śląska eksplodowała, trener Kamiński wziął czas, a Śląsk prowadził 66:64 na dwie i pół minuty przed końcem spotkania.

Przerwa na żądanie przyniosła skutek, bowiem tuż po niej kolejny raz zza łuku trafił Walerij Lichodiej. Wynik na styku i coraz mniej czasu na zegarze chyba nieco spętały nogi zawodnikom obu drużyn, bo ci nie potrafili znaleźć drogi do żadnego z koszy w hali OSiR Bemowo. Jasne było, że o zwycięstwie może przesądzić jedna skuteczna akcja. Wydawało się, że tę może przeprowadzić Morris, który minął Gabińskiego i ruszył pod kosz Śląska. Tam jednak czekał na niego Aleksander Dziewa, który kapitalnym blokiem powstrzymał rzucającego gospodarzy.

Legia wciąż miała piłkę, ale Wojskowi obronili akcję i ruszyli do ataku. WKS tracił jeden punkt i miał ostatnią szansę na odrobienie strat. Z rzutem z półdystansu pośpieszył się Jovanović, ale udało mu się zebrać piłkę po swojej niecelnej próbie. Po paru sekundach Dziewa nieskutecznie przebijał się pod kosz, podał do nadbiegającego z narożnika Ramljaka, a ten wpakował ją do kosza, będąc przy tym faulowanym! Chorwat wykorzystał rzut wolny, Śląsk prowadził 69:67, ale ostatnia akcja w tym meczu należała do Legii. W niej indywidualnie próbował zagrać Medford, ale kryjący go Dziewa nie dał się zmylić i świetnie pilnował zwinnego rywala. Amerykanin zmuszony był rzucać z trudnej pozycji i z ręką przeciwnika przed twarzą – było blisko, ale piłka odbiła się od obręczy i Trójkolorowi mogli świętować z trudem wywalczone zwycięstwo!

Nie wszystko w grze drużyny Olivera Vidina funkcjonowało jeszcze tak, jak powinno, ale w końcówce meczu solidna defensywa, energia z ławki i zimna krew w decydujących akcjach pozwoliły nam wyszarpać niezwykle ważną wygraną. Śląsk trafił tylko 27% (6/22) rzutów zza łuku i 56% (9/16) prób z linii, ale mimo to udało mu się zdobyć dwa punkty. Trójkolorowi wygrali walkę na deskach 43-38, a 12 zbiórek w ataku przełożyło się na 15 punktów drugiej szansy. WKS zanotował też aż 7 przechwytów i 3 bloki na rywalach. Świetny mecz zagrał Aleksander Dziewa, który zaliczył double-double w postaci 16 punktów i 13 zbiórek – z czego aż 7 w ataku! Wtórował mu wszechstronny Gibson, który do 15 punktów dołożył 7 zbiórek i 5 asyst. Granicę 15 punktów osiągnął też Jovanović, a 9 oczek i 8 zbiórek znalazło się na koncie Ramljaka. W ekipie gospodarzy najskuteczniejszy był Jakub Karolak (13 punktów, 4 zbiórki).

– Chcieliśmy wygrać ten mecz za wszelką cenę i jesteśmy bardzo szczęśliwi. Przyjechaliśmy na niezwykle trudny teren, a jeszcze parę minut przed końcem przegrywaliśmy z gospodarzami. Kilka dobrych akcji w defensywie, trójka Jovanovicia i akcja 2+1 Ramljaka pozwoliły nam jednak wygrać – mówił po meczu przeszczęśliwy bohater, Aleksander Dziewa. – Agresywna obrona Legii na Strahinji sprawiła nam dużo problemów. Nasz rozgrywający musiał rzucać, ale gdy zauważył, że piłka nie wpada do kosza, jako mądry gracz szukał innych rozwiązań. Także dzięki jego bardzo dobremu dowództwu wygraliśmy ten mecz. Fizycznie przygotowujemy się na trudy play-offów, kiedy będziemy grać więcej meczów w krótkim odstępie czasu. Czujemy to w nogach, ale nie tłumaczymy się tym i wygraliśmy na wyjeździe z Legią. W play-offach stać nas na wszystko!

– To był bardzo ważny mecz, w którym obu drużynom bardzo zależało na zwycięstwie. W poprzednim spotkaniu z Legią także wynik punktowy nie był wysoki, a walka o wygraną była bardzo zacięta. Jesteśmy bardzo zadowoleni, bo pomimo ciężkich treningów, które przełożyły się na słabą skuteczność, potrafiliśmy wygrać – mówił na pomeczowej konferencji prasowej trener Oliver Vidin. – Oddaliśmy dużo więcej rzutów za dwa niż rywale, którzy z kolei zdecydowanie częściej próbowali szczęścia z dystansu. Zawsze staramy się znaleźć balans pomiędzy grą podkoszową, a tą na obwodzie, co dziś nam się udało. Co prawda nasza skuteczność z linii była dziś zdecydowanie zbyt niska, ale teraz już zapominamy o tym spotkaniu i przygotowujemy się na starcie z MKS-em Dąbrowa Górnicza.

– Wydaje mi się, że ten mecz można porównać do walki bokserskiej, w której w ostatniej kwarcie obaj zawodnicy padli na deski. Wygrał ten, kto podniósł się szybciej – dodawał Michał Gabiński. – W ostatnich dwóch tygodniach zainwestowaliśmy dużo zdrowia w okres przygotowawczy do play-offów, co dziś już zaczęło procentować. W decydujących momentach czwartej kwarty byliśmy w dobrej kondycji. Wielkie ukłony dla Olka Dziewy, który przejmował się tym, że ludzie mówili, że nie potrafi bronić, a dziś w ostatniej akcji przeciwko Medfordowi, który świetnie gra jeden na jednego, wygrał nam mecz w defensywie. Czapki z głów.

Czapki z głów nie tylko dla Olka, ale dla całej drużyny za dzisiejszy występ. Do tej pory tylko Enea Zastal BC Zielona Góra wygrała w Warszawie, a dziś do tego wąskiego grona dołączyła ekipa Olivera Vidina. Takie mecze, jak ten z Legią, kształtują charakter zespołu i tworzą grupy, które są w stanie osiągać wyniki nawet lepsze, niż wskazywałby na to ich teoretyczny potencjał. Mamy nadzieję, że tak będzie i w przypadku Śląska 2020/2021, który – jak powiedział Olek – stać na wszystko. Na razie trzeba jednak zakończyć sezon zasadniczy na drugim miejscu, a dzięki pokonaniu Legii mamy wszystko w swoich rękach. Zwycięstwa we wtorkowym meczu z MKS-em Dąbrowa Górnicza w hali Orbita i na ostatnim wyjeździe (21 marca) do Torunia pozwolą nam utrzymać pozycję wicelidera bez oglądania się na wyniki rywali – i na taki scenariusz oczywiście liczymy. Hej Śląsk!

fot. Krawczyk photo / zdjęcia własne

Udostępnij:

Tagi: aleksander dziewaeblenerga basket ligalegialegia warszawamichał gabińskiOliver Vidinplkrelacjaśląskśląsk wrocławwarszawawkswrocław

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Twój komentarz