Lodowaty prysznic we Wrocławiu. Śląsk wysoko uległ HydroTruckowi Radom

Na pewno nie tak mieliśmy żegnać się z halą Orbita przed wyjazdem na Suzuki Puchar Polski. WKS Śląsk Wrocław w 25. kolejce Energa Basket Ligi uległ bardzo wysoko HydroTruckowi Radom 75:97. Wielki mecz w ekipie gości rozegrał Jabarie Hinds, który zdobył 35 punktów i zaliczył 7 asyst. W zespole z Wrocławia z najlepszej strony pokazał się Aleksander Dziewa (19 pkt., 6 zb.).

Trójkolorowi wyszli na parkiet taką samą piątką, jak w ostatnim meczu ze Stalą, a więc: Strahinja Jovanović, Kyle Gibson, Elijah Stewart, Michał Gabiński, Aleksander Dziewa. Goście z kolei pojawili się na parkiecie w następującym zestawieniu: Jabarie Hinds, Filip Zegzuła, Dayon Griffin, Roberts Stumbris, Danilo Ostojić. W zespole gospodarzy kapitalnie w mecz wszedł Dziewa, który trzykrotnie zdobył punkty spod kosza i wspólnie z Gibsonem, który rzucił celnie zza łuku, wyprowadził Śląsk na prowadzenie 9:7. Goście jednak nie zamierzali odpuszczać i równie dobrze radzili sobie w ataku, a po kilku indywidualnych akcjach Hindsa szybko przejęli kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi i wygrywali w hali Orbita 14:11. Rozgrywający gości tym samym po pięciu minutach gry miał na koncie już 9 oczek.

W kolejnych minutach wrocławianie mieli spore problemy z celnością swoich prób. Dość powiedzieć, że na minutę przed końcem kwarty tylko jeden z ich czterech rzutów zza łuku był celny, natomiast HydroTruck był skuteczny w czterech z siedmiu okazji. W ekipie Roberta Witki widać było ogromną determinację i walkę o każdą piłkę, co przekładało się na dobrą presję na Trójkolorowych na całym boisku i ostateczny wynik tej części gry. Radomianie całkowicie zasłużenie wygrali pierwszą kwartę 24:18, dając tym samym jasny sygnał, że nie przyjechali do stolicy Dolnego Śląska zagrać, a wygrać.

W drugą kwartę lepiej weszli goście – najpierw za trzy punkty trafił Griffin, chwilę później przechwyt zaliczył Marcin Piechowicz, a Brett Prahl dorzucił kolejne oczko z linii rzutów wolnych i było już 28:18 dla przyjezdnych. Wrocławianie wciąż szukali impulsu, który pozwoliłby im nabrać więcej pewności siebie i wydawało się, że takim momentem może być skuteczna akcja 2+1 w wykonaniu Szymona Tomczaka. Niestety bardzo szybko zza łuku odpowiedział Zegzuła, a później trafił jeszcze Daniel Wall i dystans powiększał się coraz bardziej… W zespole z Radomia coraz pewniej czuł się również Stumbris, który trafiał na wysokim procencie i po czterech minutach drugiej kwarty goście prowadzili 37:22.

Wprost nieprawdopodobna była niemoc w ataku podopiecznych Olivera Vidina, którzy przez dłuższy czas nie potrafili trafić do kosza rywali. Długi okres posuchy przerwał dopiero Mateusz Szlachetka, który trafił z dystansu, ale wciąż to radomianie prowadzili bardzo wysoko, bo aż 42:26. Chwilę później zza łuku trafił również Stewart, ale show całkowicie skradł Jabarie Hinds, który najpierw celnie zrzucił z dystansu, a później dołożył jeszcze dwa oczka i w sumie miał ich na swoim koncie już 19. Dopełnieniem słabej postawy całego zespołu Śląska była niesamowicie efektowna akcja HydroTrucka w obronie, kiedy dwukrotnie blokiem został zatrzymany Dziewa. Na koniec pierwszej połowy jeszcze raz za trzy punkty trafił Zegzuła i goście zeszli do szatni przy prowadzeniu aż 50:31.

W pierwszej połowie nic nie funkcjonowało w ekipie Śląska tak, jak powinno. Zaledwie 34% z gry, brak lidera, który punktowo pociągnąłby zespół i słabe 20 minut w wykonaniu właściwie wszystkich zawodników. Z kolei goście z Radomia ewidentnie mieli swój dzień i rzucali zza łuku ze skutecznością 47%, trafiając aż dziesięciokrotnie. Jeżeli WKS chciał ten mecz wygrać, to druga połowa musiałaby być lustrzanym odbiciem pierwszej.

Trzecią kwartę rozpoczęliśmy od celnego rzutu z półdystansu Kyle’a Gibsona. Goście wciąż byli bardzo skuteczni w swojej grze, ale Trójkolorowi zaczęli lepiej odpowiadać i powoli gonić wynik. Wciąż jednak w ekipie Roberta Witki szalał Hinds, który chwilę po wznowieniu gry dorzucił do swojego indywidualnego konta kolejne cztery oczka. Niestety, po trzech minutach wyrównanej gry, ponownie świetny fragment mieli radomianie, a po punktach Stumbrisa Oliver Vidin poprosił o czas. Po przerwie widać było większą energię w grze wrocławian, ale zawodnicy HydroTrucka rzucali z niemożliwych pozycji i trafiali dosłownie wszystko. Najlepszym dowodem na to była trójka Zegzuły na sekundę przed końcem czasu akcji… z półobrotu. Wówczas przyjezdni prowadzili już ponad trzydziestoma punktami – na tablicy widniał wynik 73:42.

To, co działo się w hali Orbita, było wprost nieprawdopodobne. Celny rzut zza łuku Stumbrisa sprawił, że na niemal dwie minuty przed końcem trzeciej kwarty radomianie mieli na koncie już 80 punktów, utrzymując przy tym skuteczność powyżej 60% z gry. W końcówce dwa świetne przechwyty zaliczył Strahinja Jovanović, najpierw akcję 2+1 wykorzystał Dziewa, a chwilę później niesportowy faul na Kacprze Marchewce popełnił Zegzuła i Śląsk miał szansę zmniejszyć przewagę gości. Ostatecznie ta część gry zakończyła się wynikiem 80:48.

Pierwsze półtorej minuty ostatniej ćwiartki to festiwal przestrzelonych rzutów z obydwu stron, który został przerwany tak, jak zakończyła się poprzednia część – od akcji 2+1 Dziewy. Chwilę później punkty z góry dołożył Stewart i wydawało się, że przynajmniej tę kwartę uda się wrocławianom wygrać. Wtedy jednak po raz kolejny trafił Hinds i tym samym przerwał czterominutową niemoc punktową HydroTrucka. Chwilę później kapitalnym przechwytem na rozgrywającym gości popisał się Szymon Tomczak i w samotnej kontrze dorzucił kolejne oczka dla Trójkolorowych.

W kolejnych akcjach było trochę chaosu z obydwu stron, ale większa presja wrocławian w obronie się opłaciła – przechwyt zaliczył Szlachetka i Jan Wójcik trafił spod kosza. Na cztery minuty przed końcem WKS przegrywał 85:65 i Robert Witka poprosił o przerwę. Po time-oucie na boisku w zespole gości pojawił się Aleksander Lewandowski i na „dzień dobry” trafił zza łuku dwa razy z rzędu, czym zniweczył wszystkie dotychczasowe starania Śląska. W końcówce obydwa zespoły myślały już tylko o tym, aby dograć spotkanie do końca, a to zakończyło się zwycięstwem HydroTrucka Radom 97:75.

– To było bardzo ważne dla nas zwycięstwo, tak jak zresztą każde w obecnym sezonie. Dla nas zawsze dwa punkty są małym sukcesem i dużym krokiem do zrealizowania celu, jakim jest utrzymanie. Cieszę się, że udało nam się wygrać przed przerwą na reprezentację i puchar, bo dobrze mieć dwa punkty zapasu przed ostatnią drużyną w lidze. Chciałbym pogratulować moim zawodnikom koncentracji i determinacji. Zrealizowaliśmy wszystkie założenia taktyczne na bardzo wysokim poziomie, atakowaliśmy strefę podkoszową i odgrywaliśmy na obwód, a tam byliśmy niesamowicie skuteczni. Na pewno łatwiej się gra, jeżeli szybko zbudujesz przewagę i w miarę kontrolujesz przebieg spotkania. Oczywiście nie uniknęliśmy błędów w końcówce, ale trafiliśmy dzisiaj aż osiemnaście trójek. Chciałbym jeszcze raz pogratulować moim zawodnikom i życzyć powodzenia Śląskowi w Suzuki Pucharze Polski –  mówił na konferencji prasowej Robert Witka, szkoleniowiec HydroTrucka Radom.

– Dzisiaj zagraliśmy przede wszystkim bardzo źle w ataku. Rzucaliśmy za trzy punkty ze skutecznością 18%, a za dwa oddaliśmy więcej prób niż rywale i przegraliśmy 22 punktami. Naprawdę nie wiem, jak to jest możliwe. Mieliśmy osiemnaście zbiórek pod koszem rywali, więc nie mogę powiedzieć, że moi zawodnicy nie walczyli. Fakt, że jesteśmy trochę zmęczeni, trochę też na pewno zabrakło koncentracji. Nie możemy również zapominać, że brakuje nam dwóch bardzo ważnych zawodników, którzy w rotacji grają często po 30 minut i są niesamowicie doświadczeni. Bez nich możemy wygrać pojedynczy mecz, ale na dłuższą metę będziemy ich potrzebować. Nasza druga drużyna też grała swoje spotkanie w sobotę, przez co mieliśmy zaburzony cykl przygotowań. Wszystko miało jakiś wpływ na to, że ostatecznie mecz zakończył się porażką – podsumował dzisiejsze spotkanie Oliver Vidin, trener WKS-u.

To była bardzo gorzka pigułka, którą niestety musimy przełknąć. Oczywiście nie da się wygrywać absolutnie wszystkiego i kiedyś muszą przychodzić takie mecze, jak te, ale chyba Wrocław przyzwyczaił się już do tego, że Śląsk w swoich meczach dominuje… Nie da się ukryć, że zespół z Radomia zagrał kapitalne zawody, kończąc ostatecznie z 50% (!) skuteczności za trzy punkty. My trafiliśmy 18,2% spośród swoich rzutów. Czas na chwilę odpoczynku i wyjazd do Lublina na Suzuki Puchar Polski. Bądźcie z nami, bo już 12 lutego rozpoczniemy turniej w hali Globus! I choć te słowa wyjątkowo trudno przechodzą dziś przez gardło – hej Śląsk!