Było tak blisko! Śląsk o krok od wygranej w Lublinie

Było bardzo, bardzo blisko. W pierwszym od 3 tygodni meczu WKS-u w Energa Basket Lidze podopieczni Olivera Vidina postawili się mocno faworyzowanemu Startowi Lublin. Przez trzy pierwsze kwarty  Trójkolorowi byli lepszą drużyną, ale roztrwonili z trudem wypracowaną przewagę. Ostatnia ćwiartka to wyrównany wynik, który sprowadził mecz do decydującej akcji. W niej floatera spudłował niestety Strahinja Jovanović, który był w tym spotkaniu niekwestionowanym liderem Śląska. 79:76 dla Startu Lublin.

Do meczu na wschodzie Polski wrocławianie podeszli osłabieni brakiem kontuzjowanych Garretta Nevelsa i Maksa Zagórskiego. Do składu powrócił za to Akos Keller. W pierwszej piątce znaleźli się Strahinja Jovanović, Elijah Stewart, Ivan Ramljak, Aleksander Dziewa i Michał Gabiński.

Trójkolorowi w pierwszych minutach sprawiali wrażenie drużyny zagubionej. Dosyć łatwo punkty zdobywali Lester Medford i Kacper Borowski, dając Startowi prowadzenie 11:4. Od połowy kwarty Śląsk zaczął jednak kontrolować wydarzenia na parkiecie, przede wszystkim za sprawą bardzo dokładnej i fizycznej defensywy.  Przez drugie 5 minut pierwszej ćwiartki gospodarze nie zdobyli punktu z gry i popełnili kilka strat, co napędzało WKS. Konsekwentna gra na Aleksandra Dziewę pod koszem również przyniosła skutki i przyjezdni po 10 minutach prowadzili 16:15.

W drugiej części gry zawodnicy trenera Vidina ponownie imponowali realizacją założeń taktycznych i żelazną obroną. Wszystkie rzuty lublinian oddawane były pod dużą presją, czystych pozycji nie było prawie wcale. Efekt? 1/13 zza łuku do przerwy po stronie gospodarzy. Zawodnicy Davida Dedka przez cały czas nie byli w stanie znaleźć sposobu na rozbicie muru wrocławian i w drugiej kwarcie ledwie 3 razy trafili z gry, resztę punktów „ciułając” z linii rzutów osobistych. Z drugiej strony Trójkolorowi bardzo szanowali piłkę i każde posiadanie, starając się za każdym razem wycisnąć z niego maksimum. Wielki udział miał w tym Strahinja Jovanović, który będąc jednocześnie mózgiem rozegrania, nieustannie dostarczał też gościom oczek. Dzięki skutecznej taktyce i przede wszystkim jej świetnym wykonaniu Śląsk niespodziewanie prowadził do przerwy 40:32.

Trzecia kwarta przez długi czas wyglądała bardzo podobnie. WKS utrzymywał przewagę około 10 oczek i nadal wyglądał na parkiecie tak samo dobrze. W szczytowym momencie przewaga gości sięgnęła nawet 14 punktów (58:44), gdy dwie trójki trafili Elijah Stewart i Ivan Ramljak. Niestety gospodarze w końcu potwierdzili, jak klasową są drużyną. Chwila rozprężenia i lublinianie błyskawicznie wrócili do gry serią punktową 13:0. Bardzo dobrą zmianę dał Mateusz Dziemba, trójką poprawił Martins Laksa i po 30 minutach prowadziliśmy już tylko 58:57.

Czwarta kwarta to gra akcja za akcję i ciągłe zmiany prowadzenia. Choć wymian ciosów w tym meczu nie brakowało, to momentami oglądaliśmy też dłuższe chwile bez zdobytych po obu stronach oczek – obie ekipy dawały z siebie w obronie naprawdę wszystko. Na kilka minut przed końcową syreną gospodarze zaczęli wreszcie przejmować nieco inicjatywę, a to za sprawą bardzo dobrej zmiany Damiana Jeszke. Po trójkach Moore’a i Jovanovicia mieliśmy remis 72:72. Na półtora minuty przed końcem akcję wykończył Akos Keller, ale trójką ponownie odpowiedział Martins Laksa. Do końca meczu zostało 40 sekund, a faul i dwa rzuty osobiste na punkty zamienił świetny tego dnia Jovanović. Przedostatnie posiadanie było więc po stronie gospodarzy, a na tablicy widniał wynik 75:76. Mimo niezłej obrony zawodnicy Davida Dedka zdołali wypracować minimum miejsca dla Martinsa Laksy, który trafił trudny rzut z półdystansu po stepbacku. Decydująca akcja należała do WKS-u – niestety kapitalny tego dnia Jovanović nie trafił najważniejszego rzutu w meczu i spudłował floatera z półdystansu. Piłkę zebrali gospodarze, a do końca spotkania zostało już za mało czasu, by odrobić straty – 79:76 dla Startu.

– Przede wszystkim gratulujemy rywalom wygranej. Zagrali dziś z mniejszą energią niż zwykle, ale to i tak był z ich strony dobry mecz, dobra końcówka. My mieliśmy swój rzut na zwycięstwo, ale nie trafiliśmy go i 2 punkty zostają w Lublinie. Z drugiej strony my też zagraliśmy dobre spotkanie, przynajmniej przez 28 minut – ostatnie 2 minuty trzeciej kwarty były tragiczne, pozwoliliśmy w nich na serię 13:0 w wykonaniu przeciwników. To kosztowało nas dużo sił w czwartej kwarcie, brakowało nam też najlepszego strzelca – Garretta Nevelsa. Zagraliśmy dobry mecz, ale to bez znaczenia, bo lepiej zagrać słabo i wygrać, niż zagrać dobrze i przegrać – podsumował spotkanie Oliver Vidin.

Wynik końcowy oczywiście nie jest satysfakcjonujący, ale tego typu spotkania mogą być dobrym fundamentem pod zadowalające występy w przyszłości. Trójkolorowi, osłabieni brakiem swojego najlepszego strzelca, przez większość meczu byli co najmniej równorzędnym rywalem dla ekipy zbudowanej pod występy w Lidze Mistrzów. Cała drużyna imponowała zgraniem i organizacją gry po obu stronach parkietu. Świetny indywidualny występ zaliczył Jovanović, któremu zabrakło jednak przysłowiowej wisienki na torcie. Biorąc pod uwagę 3-tygodniową przerwę, zawirowania kadrowe związane z koronawirusem i klasę przeciwnika, zagraliśmy naprawdę dobry mecz. Niestety zabrakło w nim dla nas happy-endu, ale o takowy powalczymy na kolejnym wyjeździe w Gliwicach. Z GTK zmierzymy się o 19 w sobotę i z pewnością będzie to spotkanie o podobnym ciężarze gatunkowym. Jak zawsze jedziemy jednak walczyć tylko o zwycięstwo. Hej Śląsk!

Statystyki